Kambodża to kraj, który nas najbardziej zaskoczył kulinarnie spośród wszystkich innych odwiedzonych państw podczas naszej rocznej przygody. Można pokusić się o stwierdzenie, że Khmerowie jedzą wszystko. My również próbowaliśmy wszystkich nowalijek, jakie tylko spotkaliśmy. Mimo, iż czasem potrzebowaliśmy kilku dni, aby dojrzeć mentalnie do konsumpcji, to ostatecznie przekonywaliśmy się, że wszystko smakuje wyśmienicie.
W stolicy, zwłaszcza na lokalnych targach zasmakowaliśmy w podawanych na ciepło bagietkach z pasztetem, ostrym sosem, cebulką dymką i ogórkiem. Codziennie raczyliśmy się świeżymi sokami, podczas, gdy obok tubylcy pałaszowali desery lodowe różnej maści, m.in. z surowym jajem.

Obok targu często pojawiały się „garkuchnie”, czyli np. wózek, rower, motor, z zamontowanym paleniskiem, na którym właściciel przybytku przyrządzał jakieś smakołyki – tak załapaliśmy się na spróbowanie żaby i węża.


Na śniadanie naszym daniem obowiązkowym był ryż z wieprzowiną – wspaniały zestaw, który był niby tak zwyczajny, ale smakowo fantastyczny.

Od piątku do niedzieli w godzinach wieczornych odbywał się w Phnom Penh nocny targ, gdzie również często zaglądaliśmy, aby coś pysznego zjeść i wypić.

Sok z trzciny cukrowej PP
Ze stolicy ruszyliśmy na motorze do Siem Reap, zatrzymując się przypadkowo, w zagłębiu tarantulowym, czyli miejscowości Skuon, gdzie jedliśmy pająki, świerszcze i larwy.


W Siem Reap, zresztą jak i we wszystkich miejscach w Kambodży delektowaliśmy się kawą – dla nas najlepsza na świecie:), do której zagryzaliśmy naszych słodkich faworytów, czyli smażone banany lub pączki.


Po zwiedzaniu Angkor byliśmy zwykle bardzo głodni i zaglądaliśmy w Siem Reap do pani, która przyrządzała coś „a la” sałatkę z pokrojoną usmażoną sajgonką – fantastyczny smak!
Film o sałatce z sajgonką
Będąc natomiast na wybrzeżu trafiliśmy na targ z krabami, który mieścił się tuż przy morzu. Nie mogliśmy się oprzeć, więć zamówiliśmy kilogram:) Powstał przy tym film instruktażowy, jak jeść kraba – zapraszamy.

Wracając znad morza do stolicy zatrzymaliśmy się w miejscowości Kampot, gdzie przezwyciężyliśmy swoje uprzedzenia i zjedliśmy balut, czyli ugotowane jajo kacze (rzadziej kurze) z rozwiniętym embrionem w środku.

A tu dość typowe śniadnie Azji Południowo-Wschodniej, czyli zupa z nudlami.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Go top