To może pogodzimy nasze dwie pasje i będziemy podróżować na rowerach? OK, super! To ruszamy! Kierunek: Azja Południowo-Wschodnia – tam nas bardzo ciągnie:) Ale gdzie dokładnie???

Przyjemny dylemat z cyklu „gdzie?” można powiedzieć, że rozwiązał się sam. Gdy tylko dotarła do nas informacja, że została otwarta granica lądowa między Tajlandią a Birmą, nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Wszyscy dookoła trąbią, w jak zastraszającym tempie Birma się zmienia i „cywilizuje”, dlatego warto ją jak najszybciej odwiedzić. To był główny cel podczas trzymiesięcznej wyprawy na rowerach. Im bliżej dojeżdżaliśmy do miasta granicznego Mae Sot w Tajlandii, tym mieliśmy większego pietra, ponieważ drążąc temat w sieci okazało się, że możne nie być tak różowo w Myanmar. Zakaz spania w namiocie, odległości między miejscowościami z noclegowniami dla turystów z zagranicy całkiem spore, internet (w naszym przypadku konieczny) dopiero się rozwija, tzn. otwierając stronę www można przeczytać z 15 stron książki, na drogach wylotowych z miast są miejsca kontrolne, które nagminnie „obsługują” rowerzystów. Tajniacy, którzy śledzą rowerzystów (którzy nielegalnie spali w namiocie), aby zaprowadzić ich do odpowiednio kosztownego miejsca noclegowego. Mimo tychże przeciwności ruszyliśmy na Birmę, aby się przekonać jak tam jest…
Podczas naszych pierwszych dni spędzonych w Myanmar trwał festiwal wodny, czyli kilkudniowe świętowanie zakończenia starego roku. Mnóstwo ludzi na ulicach bawiących się, tańczących na platformach ustawionych przy głównych drogach przy mega głośnej muzyce i wszyscy polewają się wodą, a właściwie hektolitrami wody. Wiele osób zadawało nam pytanie ” Are u happy?”. A my oczywiście byliśmy uradowani, że już jesteśmy w Birmie, że wszyscy dookoła się wspaniale bawią, ale…nie mieliśmy kasy i ciężko było zdobyć birmańskie kyaty, skoro podczas festiwalu wodnego w mieście granicznym Myawaddy były zamknięte wszystkie finansowe przybytki, włączając bankomat! Ale jak się okazało później, wystarczyło wyjść na ulicę i pomoc sama się znalazła. Jeden z mieszkańców miasteczka nie dość, że pomógł nam znaleźć osobę, która wymieniła nam pieniądze, to dodatkowo zaprosił na kolację do swojego domu. I tak właśnie zaczęła się nasza przygoda w Birmie. Doświadczyliśmy mnóstwo serdeczności, hojności i otwartości – czegoś, co na początku wyzwalało w nas dziwne emocje, podejrzenia, doszukiwaliśmy się drugiego dna i podstępu. Jednak po kilku spotkaniach już wiedzieliśmy, że Birmańczycy tacy po prostu są, jedyni w swoim rodzaju. Gesty osób zupełnie obcych, „z ulicy”, w postaci zaproszenia do swojego domu, aby poznać rodzinę (czasami komunikacja przebiegała gestowo, bo nie mówili po angielsku), obdarowanie nas napojami energetycznymi, zaproszenia na obiad do restauracji, uruchomienie agregatu prądotwórczego, abyśmy mogli podładować sprzęt, prezent w postaci zapasowych dętek do rowerów czy otworzenie tylko dla nas hostelu, nie chcąc od nas zapłaty.
Największym wyróżnieniem było dla nas spotkanie z Birmańczykiem Whatonem. Chłopak, który przez jedenaście miesięcy pracuje w Tajlandii, natomiast przez jeden miesiąc jest na urlopie w swoim rodzinnym mieście. „Zaraził się” chorobą rowerową w Tajlandii – aktualnie jazda rowerem tam jest bardzo na topie. Zaproponował nam wspólne podróżowanie po jego kraju przez kolejnych 5 dni, ponieważ jak sam stwierdził „uwielbiam jeździć na rowerze, lecz tu nikt tego nie praktykuje, a samemu to mi się nie chce…”. To był strzał w dziesiątkę. Niesamowite przeżycia wiążą się z wspólnie spędzonym czasem. Fantastycznie móc podróżować, z osobą, która na bieżąco potrafi wytłumaczyć obyczaje, różnice kulturowe, czy po prostu zna język. Bardzo jesteśmy szczęśliwi, że spotkaliśmy się z Whatonem na początku naszej wyprawy po Birmie, bo chłopak wiele nas nauczył, wytłumaczył i pokazał, co bardzo nam ułatwiło późniejsze podróżowanie w tym kraju. Jesteśmy umówieni z Whaton’em na „najbliższą przyszłość”, że wspólnie odbędziemy po raz kolejny rowerową wyprawę po Birmie i razem dotrzemy do Bagan, bo jeszcze nas tam nie było.
Birma nas oczarowała, głównie przez swoich mieszkańców, ale również zapierające dech w piersi krajobrazy. I mimo, że spotkały nas również utrudnienia – liczne zatrucia pokarmowe, czy brak możliwości pracowania online, Birma jest dla nas szczególnym i wyjątkowym krajem, dlatego chcemy go jeszcze nie raz odwiedzić. Życzymy, aby wszyscy odwiedzający ten kraj doświadczyli co najmniej tyle dobra, ile nas tam spotkało.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Go top