MariOlka przebywając w Argentynie doznała kilku szoków.

Pierwszy szok odbył się w miejscowości Salta, do której MariOlka przybyła bezpośrednio z Chile w poniedziałek wielkanocny. Biuro Informacji Turystycznej podało wiadomość, że w tym dość sporym mieście (ponad 600 tys. mieszkańców) nie ma ani jednego wolnego miejsca noclegowego. MariOlka postanowiła zakupić bilet na nocny autobus, jadący gdzieś na południe – padło na Cordobę. Przy okienku linii autobusowych nastąpił kolejny szok – co za cena! porównywalna a może i wyższa niż bilet lotniczy! Owszem o wysokim poziomie usług wśród firm transportowych w Argentynie się trąbi, ale ceny miażdżą. MariOlka doznała kolejnego szoku w Cordobie, gdy zorientowała się, że w okolicy jej hostelu, znajduje się około 10 sklepów rowerowych z markami typu Cannondale, Trek, Cube, Scott, GT, etc. (zlokalizowane na jednej ulicy). Następną niespodzianką był fakt, iż we wtorek, po poniedziałku wielkanocnym, wszystkie sklepy były zamknięte, a tylko kilka knajpek funkcjonowało w okrojonych ramach czasowych. Ten ewenement został wytłumaczony MariOli później – Argentyńczycy mają zaraz po Wielkanocy, swoje narodowe święto i dlatego mają aż 4 dni wolnego. Argentyńskie steki wołowe, owszem, są bardzo sławne na świecie, ale dla MariOlki stanowiły kulinarny wstrząs – co za smak, co za aromat…hmmm:)

I wisienką na szokowym torcie w Argentynie był Rafa, couchsurfer z Buenos Aires. MariOlka na swojej dotychczasowej podróżniczej drodze, nie spotkała tak kochanej osoby jak Rafael. MariOlka poczuła się jak gość honorowy w mieszkaniu Rafy, jak super osobistość z Polski.

Oby w przyszłości ścieżki MariOlki i Rafy się spotkały, bo takiej osoby ze „świecą szukać”. Muchos gracias Rafa!!!

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Go top